Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 lipca 2015
Indie, Tamilnadu
Ostatni film z Indii. Miejscowość Kanyakumari jest najbardziej na południe wysuniętym miejscem Indii, to sam koniuszek subkontynentu. Kanyakumari jest miejscem, w którym spotykają się trzy morza: Zatoka Bengalska, Morze Arabskie oraz Ocean Indyjski.
niedziela, 26 lipca 2015
Indie, część 3
Oczywiście podróżowaliśmy komunikacją publiczną. Żadnych prywatnych busów, kierowców i taksówek. Jazda autobusem w Indiach to czasem przeżycie ekstremalne. Szczególnie w rejonach górskich. Ale ma też swoje dobre strony: jest tanio, wesoło, można porozmawiać ze współpasażerami, a w trakcie przystanków przekąsić coś dobrego.
Tu w drodze z Kochin do Alleppey. Siedzieliśmy osobno (ja w części dla kobiet, Sławek w części dla mężczyzn), ale przez całą drogę miałam opiekunkę - starszą panią, która już na przystanku pytała gdzie jedziemy. Kiedy okazało się, że w to samo miejsce - postanowiła się o mnie zatroszczyć. Była niesamowicie sympatyczna.
Samo Alleppey jest okropne. Nie warto się zatrzymywać w mieście. Lepiej wybrać jeden z kilku pensjonatów nad samym backwaters. Tak właśnie zrobiliśmy i zatrzymaliśmy się w Malayalam Lake Homestay. Z dworca autobusowego trzeba podjechać rikszą do mostu ThottaThoda i przejść kawałek brzegiem rozlewiska. Dla widoków można nawet ścierpieć masę robactwa, które wychodzi wieczorem ze wszystkich krzaków i mokradeł otaczających ośrodek.
Obsługa zorganizowała nam rejs po backwaters. Mała łódka zabrała nas wprost z tarasu naszego pokoju.
Wyruszyliśmy o 6 rano. Jak się później okazało, to najlepsze co mogliśmy zrobić, żeby choć przez chwilę poczuć piękno rozlewisk. Niestety dziś są one nadmiernie eksploatowane. Już około godziny 9 na kanałach zrobiło się tłoczno. Dzięki temu, że płynęliśmy małą łódką mogliśmy uciec od wielkich łodzi mieszkalnych - kettuvallam. Nie obyło się bez obowiązkowego postoju "w zaprzyjaźnionym barze", gdzie zjedliśmy typowe śniadanie - idlly. Naczynia na pewno były opłukane w kanale, nad którym był bar, ale taki urok.
Wybraliśmy się również na plażę - Alleppey Beach. Mając w pamięci niezbyt udaną wizytę na plaży na wyspie Vypeen, nawet nie myśleliśmy o opalaniu czy pływaniu. I słusznie jak się okazało. Plaża bardzo duża, szeroka, dosyć czysta. I oczywiście ani jednej osoby korzystającej ze słońca. Kilka zakochanych par ukrywających się pod parasolem. I chłopcy z Tamilnadu, którzy bardzo chcieli zrobić sobie z nami zdjęcie. Tak naprawdę na plażę pojechaliśmy też dlatego, że właśnie tam jest jedyny bar z piwem w Alleppey. Lodowaty Kingfisher w upalny dzień - bezcenne (a tak naprawdę jakieś 250 rupii).
Taki mały korek. Najważniejsze to przeć do przodu. I trąbić.
Nasz plan na Indie polegał na braku planu. Może to i dobrze, bo w Malayalam Lake Homestay, spotkaliśmy niezwykle sympatycznego Hindusa (kierownik ośrodka), który zaplanował nam cały pobyt w Kerali i Tamilnadu. Łącznie ze wskazaniem autobusów, pociągów i ciekawych miejsc. Zostaliśmy wyposażeni w ręcznie narysowaną mapkę z dalszą trasą, która okazała się naprawdę fajna i poukładana. Do końca pobytu kierowaliśmy się wskazówkami otrzymanymi w Alleppey.
Zgodnie z naszym nowym planem z Alleppey pojechaliśmy do Kumily (bezpośredni autobus), potem do Munnaru (autobus), następny był Madurai w Tamilnadu, potem długa trasa do Kanyakumari (autobusy). Z najdalej wysuniętego na południe krańca Indii pojechaliśmy do stolicy Kerali - Trivandrum (pociąg), potem na dłuższy pobyt do Varkali i zataczając koło skończyliśmy w Kochin.
W Kumily trochę odetchnęliśmy od upałów. Bardzo nam się tam podobało. Niestety z uwagi na kilkudniowe święto nie udało nam się wejść do rezerwatu Periyar, czyli naszego głównego celu podróży do Kumily. No ale trudno. Nic nie dało się zrobić. Jak święto to święto. Małpy widzieliśmy więc na ulicy a nie w rezerwacie.
Daliśmy się namówić na turystyczną atrakcję - wizytę w Elephant Junction. Nadal mam mieszane uczucia co do pobytu tam, chociaż miejscowi tłumaczyli nam, że słonie muszą na siebie zarobić, więc każdy turysta, który płaci za możliwość ich zobaczenia dokłada się do ich jedzenia. Mimo wszystko myślę, że najlepsze miejsce do oglądania słoni to ich naturalne środowisko. Są takie majestatyczne.
W Kumily nie brakuje miejsc noclegowych. Trzeba tylko odejść kawałek od dworca autobusowego i znaleźć coś poza centrum. My zatrzymaliśmy się w Green View.
Pojechaliśmy też do spice garden, obejrzeć jak uprawiane są najpopularniejsze przyprawy.
Kardamon - jedna z moich ulubionych przypraw. Zbierany jest ręcznie, dlatego nie należy do najtańszych (poniżej).
Z Kumily jechaliśmy autobusem do Munnaru. Znając już obyczaje, na dworcu stawiliśmy się wcześniej, żeby z plecakami usiąść z przodu autobusu. Jak się później okazało, było to całkiem mądre, bo znaczna część pasażerów po wjechaniu na kręte, górskie drogi, zdradzała objawy choroby lokomocyjnej. Siedząc z przodu nic nie widzieliśmy (tylko słyszeliśmy).
Ciąg dalszy nastąpi ....
wtorek, 30 czerwca 2015
wtorek, 9 czerwca 2015
Indie, Kochin
W Koczin mieliśmy zostać krócej, a zostaliśmy dłużej. Głównie z uwagi na to, że jak już mieliśmy jechać dalej ogłoszono strajk i żaden autobus, riksza czy taksówka nie mogła zawieźć nas do Alleppey, które było następne na naszej liście. Trzeba przyznać, że jakoś szczególnie nie rozpaczaliśmy. Koczin było pierwszym miejscem na trasie naszej podróży, ale jak się potem okazało takim, do którego nawet chętnie byśmy wrócili. Dodatkowo pierwsze dwa dni zniosłam dosyć ciężko – z uwagi na straszny upał i sporą wilgotność powietrza, więc przedłużony pobyt w Fort Koczin potraktowaliśmy jako czas na spokojną aklimatyzację.
Coś jest w tym miejscu – jak na Indie jest tu stosunkowo
cicho. Ulice tłoczne, ale nie tak jak w innych miejscach. Samo Fort Koczin
można obejść w kilka godzin. Ale przecież nie chodzi o to by biegać w upale i
jak najszybciej „zaliczyć” wszystkie atrakcje. Spacerowaliśmy po wąskich
uliczkach podziwiając pozostałości ery kolonialnej, wieczory spędzaliśmy na
nabrzeżu wpatrując się w chińskie sieci i poszukując najlepszego jedzenia.
Oczywiście zwiedziliśmy wszystkie punkty obowiązkowe, o których mowa w
przewodnikach. Bazylikę Santa Cruz, kościół św. Franciszka, synagogę Paradesi,
dzielnicę żydowską, pałac Mattancherry, Bishop’s House, centrum kathakali. Ale
nie to nas urzekło. Chodzi raczej o lekko leniwą atmosferę tego miejsca, składy
antyków, sklepy z tysiącem przypraw, nasycone kolory i niesamowite światło, w
którym nawet śmieci wydają się jakieś takie malownicze. Jednego dnia wybraliśmy
się również na wyspę Vypeen, na której jest jedna z podobno ładniejszym plaż –
Cherai Beach. Wyprawa ta okazała się dłuższa niż się spodziewaliśmy, a
skończyła moim chowaniem się pod ręcznikiem przed natarczywymi spojrzeniami
gapiów, którzy uznali, iż kobieta w stroju kąpielowym jest niezwykle
interesującym zjawiskiem. Tak – to zdecydowanie minus wakacji w Indiach. W
niewielu miejscach można w sposób nieskrępowany korzystać z plaż. Ale warto
było dla samej podróży – najpierw promem, potem autobusem i na koniec rikszą (my
cały czas mówimy tuk-tuk, ale miejscowi
używają nazwy riksza). Prom był śmiesznie tani – kosztował 4 rupie od osoby w
jedną stronę. Przy wejściu na prom – małe zaskoczenie – kobiety po jednej
stronie, mężczyźni po drugiej. Podobnie w autobusach.
Tak nam się spodobało plątanie się po Fort Koczin, że nawet
nie zadaliśmy sobie trudu, żeby popłynąć na lądową część Koczin czyli do Ernakulam.
Ale jakoś możemy z tym żyć.
No i to co najważniejsze – jedzenie!!! Tak trafiliśmy w Fort
Koczin na kilka naprawdę fajnych miejsc. Osławiony Tea Pot, polecany w Lonely
Planet Dal Roti, Oceanos, w którym jedliśmy jedno z lepszych curry z krewetek i
pyszną rybę no i artystyczna Kashi Art Cafe, w którym moje ociężałe z upału
ciało zaznało ukojenia w postaci przepysznej mrożonej herbaty (tak –
ryzykowałam, w herbacie było pełno lodu). No i po trzech dniach napiłam się
prawdziwej kawy! Nie słodkiej jak ulepek kawy rozpuszczalnej z mlekiem.
Po dwóch dniach spędzonych w Fort Koczin można poczuć się
jak u siebie. Uliczki są już znajome, codziennie mija się te same sklepiki i
tych samych sprzedawców, którzy zapraszają nie tylko do zakupów, ale i do
rozmowy. Miłe to miejsce.
Informacje praktyczne:
Pieniądze:
100 rupii indyjskich = 5,78zł (9.06.2015)
Nocleg:
Christ Ville Homestay, K.L. Bernard Master Road – bardzo blisko
bazyliki, bardzo blisko wszystkiego. Cena za pokój bez klimatyzacji – 900
rupii. Gospodyni – Preethy bardzo miła i pomocna. Przygotowuje bardzo dobre
masala dosa.
Jedzenie:
Dal Roti, Lilly Street, ogromny wybór dań kuchni południowo
indyjskiej. Można dostać zawrotu głowy. Ostatecznie zamówiliśmy paneer thali i
thali warzywne. Do tego lemoniada imbirowa (jeden z moich ulubionych napoi) i
woda. Zapłaciliśmy 530 rupii. Było pyszne!
Oceanos Sea Food Restaurant, Elphinstone Road, pyszne
krewetkowe curry! Ostre, w gęstym, aromatycznym sosie. Rybne thali – baaardzo
ostre! Krewetki w curry były ogromne. Tu za kolację z napojami zapłaciliśmy 790
rupii.
Kashi Art Cafe, Burgher Street. Kawiarnia połączona z
galerią. Podobno kultowe miejsce w Koczin. Trochę czuć, że to ulubione miejsce
turystów, ale mimo wszystko bardzo warto. Poza tym było tez sporo hindusów. W
Kashi byliśmy na późnym śniadaniu. Omlet ze szpinakiem i grzybami był bardzo
dobry i ogromny. Do tego owoce i przedziwny chleb o lekko kokosowym posmaku.
Tea Pot,
Peter Celli Street. Na informację o tym miejscu trafiałam na każdym
blogu, który przeglądałam przed wyjazdem. Jedzenie nie było jakieś powalające,
ale smaczne. A atmosfera bardzo przyjemna. Lemoniada imbirowa – pyszna. Za
lunch zapłaciliśmy 580 rupii.
Transport:
Z lotniska jechaliśmy taksówką zapewnioną przez właścicieli
naszego pensjonatu, więc pewnie przepłaciliśmy (1200 rupii). Po samym Fort
Koczin poruszać można się pieszo. Pojechaliśmy rikszą do dzielnicy żydowskiej
(80 rupii w jedną stronę).
Prom na wyspę Vypeen – 4 rupie w jedną stronę/os.
Autobus na Cherai Beach – 20 rupii w jedną stronę/os.
Dodatkowo riksza, którą trzeba dojechać 2,5 km do samej plaży (około 50 rupii).
Wstępy do wszystkich zabytków są bardzo tanie. Wyjątkiem
jest bilet do Kerala Kathakali Centre. Za wstęp na pokaz zapłaciliśmy 600 rupii
od osoby. Oczywiście pokaz był przygotowany z myślą o turystach (normalnie
przedstawienia Kathakali trwają nawet całą noc), ale warto było pójść, żeby
chociaż powierzchownie zapoznać się z tym dziedzictwem Kerali. Było całkiem
ciekawie. Nawet się nie wynudziliśmy. A ponieważ byliśmy poza sezonem, teatr
był prawie pusty, dzięki czemu łatwiej było się skupić na tym co widzimy.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
niedziela, 31 maja 2015
Indie

Miłość do Indii jest
trudna. Może się rozwiać od razu przy pierwszym spotkaniu (...). Można wziąć za
nią zwykłe zauroczenie egzotyką i malowniczością. Wymaga wielu pobytów i dość
szczególnej postawy, w której sprzyjająca zachwytowi niewinność spojrzenia
łączyłaby się z krytycznym sceptycyzmem (...). Indie nie są krajem uroczym
(...)
/Jean-Claude Carriére, Alfabet zakochanego w Indiach/
Od powrotu z Indii minęły już dwa tygodnie. Tak naprawdę
tylko dwa tygodnie, ale od razu po powrocie dopadła nas brutalna, szara rzeczywistość
i rzuciliśmy się w wir pracy. Nie było czasu spokojnie omówić wyjazdu, wybrać
zdjęć. Nasza podróż wydaje się już bardzo odległym wspomnieniem. Dlatego czas
najwyższy przejrzeć notatki, zdjęcia i powspominać.
Przewrotnie zaczniemy od podsumowania naszej podróży.
Ambitny plan jest taki, by w kolejnych wpisach pokazać wszystkie miejsca, które
odwiedziliśmy w czasie 3 tygodni spędzonych na południu Indii.
Był to nasz pierwszy pobyt w tym ogromnym kraju. Skupiliśmy się
na jego południowej części. Dlatego nie możemy się nazwać znawcami Indii.
Biorąc pod uwagę ogrom i zróżnicowanie tego kraju, by móc stwierdzić, że znamy
Indie, musimy tam wrócić jeszcze wiele razy. Ale chyba chcemy. Pierwsze
spotkanie wypadło obiecująco. Kto wie co z tego wyniknie....
Pewnego zimowego wieczoru postanowiliśmy zrobić pierwszy krok
ku kolejnej przygodzie i bez większego zastanowienia kupiliśmy bilety do Indii.
Sprawdziliśmy tylko jaka pogoda panuje na południu w czasie kiedy możemy się wyrwać
z pracy i po 10 minutach lot był zabukowany. A potem to już tylko odliczanie.
No i załatwienie wizy (oczywiście nie sprawdziliśmy przed kupieniem biletów czy
jest potrzebna), szczepień (Sławek postanowił je sobie odpuścić) i kilku innych
niezbędnych spraw.
Plan był taki, żeby nie robić planu. Lądowanie w Koczin, wylot
do Polski z tego samego miejsca po 3 tygodniach. I to wszystko co mieliśmy
zaplanowane. Ok - zarezerwowaliśmy od razu pierwsze dwa noclegi w Fort Koczin i
taksówkę z lotniska (przylot był w nocy i taksówka była jedyną rozsądną opcją).
Wybraliśmy południe Indii z kilku powodów. Chcieliśmy
odpocząć, a nie biegać z wywieszonym językiem z północy na południe, ze wschodu
na zachód. Słyszeliśmy, że Kerala jest trochę podobna do Sri Lanki, w której zakochaliśmy
się od pierwszego wejrzenia dwa lata temu. Dobre jedzenie, plaże, piękne
widoki, rozlewiska, dzika przyroda, woda i góry. Czemu nie? Kerala jest jednym
z najmniejszych stanów Indii, ale najgęściej zaludnionym. Co ciekawe - Indie są
największą demokracją świata, a w Kerali w demokratycznych wyborach wybrano
komunistyczny rząd stanowy. Na każdym kroku powiewają tu czerwone flagi z
sierpem i młotem. Często na swojej drodze można również spotkać Lenina z brązu.
Mieszkańcy Kerali są najbardziej wykształceni w całych Indiach, a poziom
analfabetyzmu jest tu najmniejszy. Coś w tym jest - najbardziej zadbane budynki
w Kerali to zazwyczaj szkoły. No i kościoły. Tak, sporo tu kościołów. W Kerali
zgodnie żyją hinduiści, muzułmanie i chrześcijanie.
Zaczęliśmy w Koczin. Potem było Alleppey, Kumily, Munnar,
Maduraj i Kanyakumari w Tamilnadu, Trivandrum i Varkala. Przejechaliśmy (i przepłynęli)
prawie 1000 km - autobusami, pociągami, rikszami, taksówkami, promami, łódkami.
Nasze główne skojarzenia z Keralą to: upał, jedzenie,
przyroda, kolory, kontrasty, ludzie, masa ludzi.
W trakcie całej podróży zaskoczyło nas kilka rzeczy. Mile - życzliwość
mieszkańców. Na każdym kroku spotykaliśmy się z sympatycznym zainteresowaniem.
Czasem wzbudzaliśmy nawet małą sensację, ale zawsze znalazł się ktoś, kto
chciał nam pomóc. Gdy staliśmy na dworcach autobusowych zdezorientowani nazwami
miejscowości napisanymi w jednym z obowiązujących w Indiach języku (ബസ് സ്റ്റോപ്പ്), zawsze znalazł się
ktoś, kto wsadził nas do odpowiedniego autobusu. Wiele razy bezinteresownie
proponowano nam pomoc. Szczególnie kobiety wydawały się być zatroskane naszym
losem. Zaskoczeniem było również to, jak
ludzie na nas reagują. Pierwszy raz w życiu przyszło nam pozować do zdjęć jako
atrakcja. Niemiłym zaskoczeniem był
wszechogarniający syf. Innego słowa chyba nie można użyć. Oczywiście byliśmy
przygotowani na śmieci i brud. Ale chyba nie aż w takim stopniu. Hindusom zdaje
się to w ogóle nie przeszkadzać. Przez okna autobusów i pociągów wyrzucają opakowania
po jedzeniu i wszystko co mają pod ręką. Śmieci lądują w każdym przydrożnym
rowie, a gdy już ich się trochę nazbiera - są podpalane. Między tym wszystkim
biegają bose dzieci, kozy, psy i krowy. Dla nas to nie do pomyślenia. Nie było
innego wyjścia - trzeba się było do tego przyzwyczaić. Tak jak do kilku innych
rzeczy.
Wyjeżdżając w nowe miejsce zawsze jesteśmy nastawieni na
smakowanie lokalnego jedzenia. W zasadzie zazwyczaj jest to dla nas jedna z
głównych atrakcji. W Kerali pod tym względem czuliśmy się jak w raju!!! Przez 3
tygodnie delektowaliśmy się wspaniałymi keralskimi potrawami i ani razu nie
pomyślałam, że mam dość ryżu. Kuchnia Kerali jest przede wszystkim wegetariańska,
co jest dla mnie szczególną zaletą. Poza tym sporo je się tutaj ryb i owoców
morza. Oczywiście kuchnia indyjska jest tak samo zróżnicowana jak same Indie,
więc mogę tylko powiedzieć, że kuchnia południowoindyjska to coś, co
zdecydowanie przypadło nam do gustu. Sławek do każdego posiłku zamawiał swoje
ukochane mango lassi, którego jakoś nie możemy odtworzyć w Polsce. Pewnie
dlatego, że ten w Indiach przygotowywany jest nie na bazie jogurtu a curdu.
Twierdzę, że nasza podróż upłynęła pod hasłem „więcej
szczęścia niż rozumu”. Czasem byliśmy zmęczeni, czasem źli, czasem
zdezorientowani. Jednak mimo kilku przeciwności losu (pijany kierowca
taranujący inne samochody na poboczu) i drobnych wpadek (zgubienie aparatu,
całe szczęście nie na długo) dziś pamiętam już tylko pozytywy naszej podróży. I
o tym w następnych częściach relacji.
piątek, 29 maja 2015
sobota, 23 maja 2015
Alleppey
Jak to bywa, przygoda szybko się kończy. Jedno z piękniejszych miejsc do wypoczynku w Indiach, to region Kerala. Uwaga: można się zakochać.
niedziela, 28 grudnia 2014
czwartek, 24 lipca 2014
wtorek, 15 lipca 2014
wieś Licheń
Wikipedia:
Licheń Stary (do 2012 Stary Licheń) – wieś położona we wschodniej części województwa wielkopolskiego, w powiecie konińskim, w gminie Ślesin, nad Jeziorem Licheńskim. Miał prawa miejskie w wiekach XV-XVII. Od połowy XIX w. znajdujące się tutaj Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski jest ośrodkiem pielgrzymkowym o znaczeniu nie tylko ogólnopolskim.
Wieś tańczy wieś śpiewa, ale tylko religijne pieśni...
Wieść niesie, że ptaki tam śpiewają z głośników.
My Naród wybudowaliśmy tą największą w Polsce bazylikę i jak można przeczytać w Internecie 13 lub 11 w Europie, a nawet 8 na świecie (według przewodniczki z grupy dla emerytów).
amen.
Licheń Stary (do 2012 Stary Licheń) – wieś położona we wschodniej części województwa wielkopolskiego, w powiecie konińskim, w gminie Ślesin, nad Jeziorem Licheńskim. Miał prawa miejskie w wiekach XV-XVII. Od połowy XIX w. znajdujące się tutaj Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski jest ośrodkiem pielgrzymkowym o znaczeniu nie tylko ogólnopolskim.
Wieś tańczy wieś śpiewa, ale tylko religijne pieśni...
Wieść niesie, że ptaki tam śpiewają z głośników.
My Naród wybudowaliśmy tą największą w Polsce bazylikę i jak można przeczytać w Internecie 13 lub 11 w Europie, a nawet 8 na świecie (według przewodniczki z grupy dla emerytów).
amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































