Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travel. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2019

niedziela, 16 kwietnia 2017

Jezus 58

2013, Betlejem, Palestyna

sobota, 30 lipca 2016

Ingolstadt

Miejscowość leżąca w Bawarii niedaleko Monachium może się pochwalić naprawdę ciekawą architekturą oraz ciekawą urbanistyką. Liczbą mieszkańców niewiele przewyższa miasto Opole, a jednak potencjał jest ciekawszy. Więcej zabytków, zwartej architektury, przestrzeni parkowej no i świetnie zorganizowane ścieżki rowerowe.

Ciekawe nie znaczy fotogeniczne miasto, a jednak! Pierwsze zwiedzanie zniechęciło mnie do wyciągania aparatu z sakwy, ale później było już coraz lepiej. Multikulturowość jest fotogeniczna. 
Nigdy nie przepadałem za klimatem niemieckim i jego mentalnością, ale może Bawaria jest trochę inna...? btw nie trzeba znać rodzimego języka, żeby nawiązać kontakt z osobą, którą się chce fotografować. Tak jest na szczęście i tutaj.

Pomijając fotografowanie, to co rzuca się w oczy w Ingolstadt (miasto partnerskie Opola), a czego brakuje Opolu:
- piwne i kawiarniane ogródki wylewają się na deptaki bez balustrad, płotków i wszystkiego co ogradza je od przechodniów. Pomijam fakt braku reklam browarów oferowanych w tych miejscach.
- rowerem po mieście - kilka dużych parkingów wielopoziomowych tuż poza centrum to baza przesiadkowa z wypasionych i ekskluzywnych marek jak Audi (które produkowane są w tym mieście) na nierzadko zdezelowane rowery!
- kultura rowerowa - nie jestem może rowerowym wyjadaczem, ale nie ma w Ingolstadt sytuacji żeby pieszy psioczył i boczył się na rowerzystę, który przeciska się pomiędzy pieszym. 
- sponsora (jak Audi), który niemal na każdym kroku przypomina o swoim stałym związku z miastem. Festiwale, koncerty, spotkania, wystawy - wspierane przez Audi....no cóż... Elektrownia Opole?
- trawnik dla człowieka - skwery, place, parki, wszędzie gdzie trawa tam ktoś przysiądzie... Niestety w Opolu... wystarczy 5 min. sielanki na reprezentacyjnym wzgórzu UO, żeby ochroniarz z potem na czole i przerażeniem w oczach dobiegł i zwrócił uwagę, że ta trawa to święta ziemia i nie można jej deptać :)

Może za bardzo na pesymistyczną nutę uderzam, ale warto zmieniać się na lepsze.





sobota, 31 października 2015

miła nagroda

1 miejsce w kategorii Nature: Sunset - MOSCOW INTERNATIONAL FOTO AWARDS
http://moscowfotoawards.com/winners/zoom.php?eid=10-5698-15

piątek, 23 października 2015

Praga w 48h

Piąty raz w Pradze.
Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia sprzed 15 lat. Nocleg u starszej Czeszki w mieszkaniu, która "wyłowiła" nas na dworcu kolejowym. Most Karola o poranku, ale i za dnia, był naprawdę fascynujący! Dziś... niczym nie różni się od najbardziej zatłoczonych stacji metra w Londynie. Nie ma już żadnej przyjemności w przechodzeniu nim. Podobnie jest ze Złotą Uliczką, która już poprzednio mnie zaskoczyła... płatnym wejściem. Płatne bramki pojawiły się także w Katedrze św Wita!

Wydaje się, że już nie ma różnicy czy to lato czy jesień/zima. Turystów jest po prostu więcej niż w Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku razem wziętych!

Do sytuacji takich jak fotografowanie selfi wysięgnikiem tuż po otrzymaniu obiadu w restauracji, czy amerykańska grupa na segwayu na Hradczanach - trzeba się przyzwyczaić. Nie dziwi już maseczka na twarzy turystów z kraju kwitnącej wiśni.

Mimo tego zalewu turystów można znaleźć miejsca mniej zatłoczone.

Od zawsze Pragę widzę w czerni i bieli. Szarą ale nie ponurą. Bardzo cichą i głośną zarazem. Przy fascynująco dobrym piwie.















czwartek, 30 lipca 2015

Indie, Tamilnadu




Ostatni film z Indii. Miejscowość Kanyakumari jest najbardziej na południe wysuniętym miejscem Indii, to sam koniuszek subkontynentu. Kanyakumari jest miejscem, w którym spotykają się trzy morza: Zatoka Bengalska, Morze Arabskie oraz Ocean Indyjski.

niedziela, 26 lipca 2015

Indie, część 3


Oczywiście podróżowaliśmy komunikacją publiczną. Żadnych prywatnych busów, kierowców i taksówek. Jazda autobusem w Indiach to czasem przeżycie ekstremalne. Szczególnie w rejonach górskich. Ale ma też swoje dobre strony: jest tanio, wesoło, można porozmawiać ze współpasażerami, a w trakcie przystanków przekąsić coś dobrego. 


 Tu w drodze z Kochin do Alleppey. Siedzieliśmy osobno (ja w części dla kobiet, Sławek w części dla mężczyzn), ale przez całą drogę miałam opiekunkę - starszą panią, która już na przystanku pytała gdzie jedziemy. Kiedy okazało się, że w to samo miejsce - postanowiła się o mnie zatroszczyć. Była niesamowicie sympatyczna.
 Samo Alleppey jest okropne. Nie warto się zatrzymywać w mieście. Lepiej wybrać jeden z kilku pensjonatów nad samym backwaters. Tak właśnie zrobiliśmy i zatrzymaliśmy się w Malayalam Lake Homestay. Z dworca autobusowego trzeba podjechać rikszą do mostu ThottaThoda i przejść kawałek brzegiem rozlewiska. Dla widoków można nawet ścierpieć masę robactwa, które wychodzi wieczorem ze wszystkich krzaków i mokradeł otaczających ośrodek.
 Obsługa zorganizowała nam rejs po backwaters. Mała łódka zabrała nas wprost z tarasu naszego pokoju.
 Wyruszyliśmy o 6 rano. Jak się później okazało, to najlepsze co mogliśmy zrobić, żeby choć przez chwilę poczuć piękno rozlewisk. Niestety dziś są one nadmiernie eksploatowane. Już około godziny 9 na kanałach zrobiło się tłoczno. Dzięki temu, że płynęliśmy małą łódką mogliśmy uciec od wielkich łodzi  mieszkalnych - kettuvallam. Nie obyło się bez obowiązkowego postoju "w zaprzyjaźnionym barze", gdzie zjedliśmy typowe śniadanie - idlly. Naczynia na pewno były opłukane w kanale, nad którym był bar, ale taki urok. 

Wybraliśmy się również na plażę - Alleppey Beach. Mając w pamięci niezbyt udaną wizytę na plaży na wyspie Vypeen, nawet nie myśleliśmy o opalaniu czy pływaniu. I słusznie jak się okazało. Plaża bardzo duża, szeroka, dosyć czysta. I oczywiście ani jednej osoby korzystającej ze słońca. Kilka zakochanych par ukrywających się pod parasolem. I chłopcy z Tamilnadu, którzy bardzo chcieli zrobić sobie z nami zdjęcie. Tak naprawdę na plażę pojechaliśmy też dlatego, że właśnie tam jest jedyny bar z piwem w Alleppey. Lodowaty Kingfisher w upalny dzień - bezcenne (a tak naprawdę jakieś 250 rupii).     
Taki mały korek. Najważniejsze to przeć do przodu. I trąbić.
Nasz plan na Indie polegał na braku planu. Może to i dobrze, bo w Malayalam Lake Homestay, spotkaliśmy niezwykle sympatycznego Hindusa (kierownik ośrodka), który zaplanował nam cały pobyt w Kerali i Tamilnadu. Łącznie ze wskazaniem autobusów, pociągów i ciekawych miejsc. Zostaliśmy wyposażeni w ręcznie narysowaną mapkę z  dalszą trasą, która okazała się naprawdę fajna i poukładana. Do końca pobytu kierowaliśmy się wskazówkami otrzymanymi w Alleppey.
Zgodnie z naszym nowym planem z Alleppey pojechaliśmy do Kumily (bezpośredni autobus), potem do Munnaru (autobus), następny był Madurai w Tamilnadu, potem długa trasa do Kanyakumari (autobusy). Z najdalej wysuniętego na południe krańca Indii pojechaliśmy do stolicy Kerali - Trivandrum (pociąg), potem na dłuższy pobyt do Varkali i zataczając koło skończyliśmy w Kochin.
W Kumily trochę odetchnęliśmy od upałów. Bardzo nam się tam podobało. Niestety z uwagi na kilkudniowe święto nie udało nam się wejść do rezerwatu Periyar, czyli naszego głównego celu podróży do Kumily. No ale trudno. Nic nie dało się zrobić. Jak święto to święto. Małpy widzieliśmy więc na ulicy a nie w rezerwacie.
Daliśmy się namówić na turystyczną atrakcję - wizytę w Elephant Junction. Nadal mam mieszane uczucia co do pobytu tam, chociaż miejscowi tłumaczyli nam, że słonie muszą na siebie zarobić, więc każdy turysta, który płaci za możliwość ich zobaczenia dokłada się do ich jedzenia. Mimo wszystko myślę, że najlepsze miejsce do oglądania słoni to ich naturalne środowisko. Są takie majestatyczne.  
W Kumily nie brakuje miejsc noclegowych. Trzeba tylko odejść kawałek od dworca autobusowego i znaleźć coś poza centrum. My zatrzymaliśmy się w Green View.
Pojechaliśmy też do spice garden, obejrzeć jak uprawiane są najpopularniejsze przyprawy.


Kardamon - jedna z moich ulubionych przypraw. Zbierany jest ręcznie, dlatego nie należy do najtańszych (poniżej).
Z Kumily jechaliśmy autobusem do Munnaru. Znając już obyczaje, na dworcu stawiliśmy się wcześniej, żeby z plecakami usiąść z przodu autobusu. Jak się później okazało, było to całkiem mądre, bo znaczna część pasażerów po wjechaniu na kręte, górskie drogi, zdradzała objawy choroby lokomocyjnej. Siedząc z przodu nic nie widzieliśmy (tylko słyszeliśmy).

Ciąg dalszy nastąpi ....


wtorek, 30 czerwca 2015

Jezus 46

Jezus w Indiach.

piątek, 12 czerwca 2015

Indie, Kanyakumari

Są chwile kiedy elektryczność w Indiach zawodzi. Zdarza się to dość często więc mieszkańcy mają własne zasilania.