niedziela, 26 lipca 2015

Indie, część 3


Oczywiście podróżowaliśmy komunikacją publiczną. Żadnych prywatnych busów, kierowców i taksówek. Jazda autobusem w Indiach to czasem przeżycie ekstremalne. Szczególnie w rejonach górskich. Ale ma też swoje dobre strony: jest tanio, wesoło, można porozmawiać ze współpasażerami, a w trakcie przystanków przekąsić coś dobrego. 


 Tu w drodze z Kochin do Alleppey. Siedzieliśmy osobno (ja w części dla kobiet, Sławek w części dla mężczyzn), ale przez całą drogę miałam opiekunkę - starszą panią, która już na przystanku pytała gdzie jedziemy. Kiedy okazało się, że w to samo miejsce - postanowiła się o mnie zatroszczyć. Była niesamowicie sympatyczna.
 Samo Alleppey jest okropne. Nie warto się zatrzymywać w mieście. Lepiej wybrać jeden z kilku pensjonatów nad samym backwaters. Tak właśnie zrobiliśmy i zatrzymaliśmy się w Malayalam Lake Homestay. Z dworca autobusowego trzeba podjechać rikszą do mostu ThottaThoda i przejść kawałek brzegiem rozlewiska. Dla widoków można nawet ścierpieć masę robactwa, które wychodzi wieczorem ze wszystkich krzaków i mokradeł otaczających ośrodek.
 Obsługa zorganizowała nam rejs po backwaters. Mała łódka zabrała nas wprost z tarasu naszego pokoju.
 Wyruszyliśmy o 6 rano. Jak się później okazało, to najlepsze co mogliśmy zrobić, żeby choć przez chwilę poczuć piękno rozlewisk. Niestety dziś są one nadmiernie eksploatowane. Już około godziny 9 na kanałach zrobiło się tłoczno. Dzięki temu, że płynęliśmy małą łódką mogliśmy uciec od wielkich łodzi  mieszkalnych - kettuvallam. Nie obyło się bez obowiązkowego postoju "w zaprzyjaźnionym barze", gdzie zjedliśmy typowe śniadanie - idlly. Naczynia na pewno były opłukane w kanale, nad którym był bar, ale taki urok. 

Wybraliśmy się również na plażę - Alleppey Beach. Mając w pamięci niezbyt udaną wizytę na plaży na wyspie Vypeen, nawet nie myśleliśmy o opalaniu czy pływaniu. I słusznie jak się okazało. Plaża bardzo duża, szeroka, dosyć czysta. I oczywiście ani jednej osoby korzystającej ze słońca. Kilka zakochanych par ukrywających się pod parasolem. I chłopcy z Tamilnadu, którzy bardzo chcieli zrobić sobie z nami zdjęcie. Tak naprawdę na plażę pojechaliśmy też dlatego, że właśnie tam jest jedyny bar z piwem w Alleppey. Lodowaty Kingfisher w upalny dzień - bezcenne (a tak naprawdę jakieś 250 rupii).     
Taki mały korek. Najważniejsze to przeć do przodu. I trąbić.
Nasz plan na Indie polegał na braku planu. Może to i dobrze, bo w Malayalam Lake Homestay, spotkaliśmy niezwykle sympatycznego Hindusa (kierownik ośrodka), który zaplanował nam cały pobyt w Kerali i Tamilnadu. Łącznie ze wskazaniem autobusów, pociągów i ciekawych miejsc. Zostaliśmy wyposażeni w ręcznie narysowaną mapkę z  dalszą trasą, która okazała się naprawdę fajna i poukładana. Do końca pobytu kierowaliśmy się wskazówkami otrzymanymi w Alleppey.
Zgodnie z naszym nowym planem z Alleppey pojechaliśmy do Kumily (bezpośredni autobus), potem do Munnaru (autobus), następny był Madurai w Tamilnadu, potem długa trasa do Kanyakumari (autobusy). Z najdalej wysuniętego na południe krańca Indii pojechaliśmy do stolicy Kerali - Trivandrum (pociąg), potem na dłuższy pobyt do Varkali i zataczając koło skończyliśmy w Kochin.
W Kumily trochę odetchnęliśmy od upałów. Bardzo nam się tam podobało. Niestety z uwagi na kilkudniowe święto nie udało nam się wejść do rezerwatu Periyar, czyli naszego głównego celu podróży do Kumily. No ale trudno. Nic nie dało się zrobić. Jak święto to święto. Małpy widzieliśmy więc na ulicy a nie w rezerwacie.
Daliśmy się namówić na turystyczną atrakcję - wizytę w Elephant Junction. Nadal mam mieszane uczucia co do pobytu tam, chociaż miejscowi tłumaczyli nam, że słonie muszą na siebie zarobić, więc każdy turysta, który płaci za możliwość ich zobaczenia dokłada się do ich jedzenia. Mimo wszystko myślę, że najlepsze miejsce do oglądania słoni to ich naturalne środowisko. Są takie majestatyczne.  
W Kumily nie brakuje miejsc noclegowych. Trzeba tylko odejść kawałek od dworca autobusowego i znaleźć coś poza centrum. My zatrzymaliśmy się w Green View.
Pojechaliśmy też do spice garden, obejrzeć jak uprawiane są najpopularniejsze przyprawy.


Kardamon - jedna z moich ulubionych przypraw. Zbierany jest ręcznie, dlatego nie należy do najtańszych (poniżej).
Z Kumily jechaliśmy autobusem do Munnaru. Znając już obyczaje, na dworcu stawiliśmy się wcześniej, żeby z plecakami usiąść z przodu autobusu. Jak się później okazało, było to całkiem mądre, bo znaczna część pasażerów po wjechaniu na kręte, górskie drogi, zdradzała objawy choroby lokomocyjnej. Siedząc z przodu nic nie widzieliśmy (tylko słyszeliśmy).

Ciąg dalszy nastąpi ....


Brak komentarzy: